
Wzniosłe deklaracje zachodnich polityków, twierdzących, że użycie siły prewencyjnej przeciwko morderczym reżimom jest rzekomo nielegalne, stały się już normą. Przywódcy Wielkiej Brytanii, Kanady, Francji, Niemiec, Norwegii i większości krajów europejskich przedstawili równoległe, często niemal identyczne oświadczenia podkreślające fundamentalne znaczenie przestrzegania prawa międzynarodowego podczas prowadzenia wojny przeciwko Iranowi i jego terrorystycznym pełnomocnikom, takim jak Hezbollah.
Takie wypowiedzi są wymownym obrazem płytkiego i niebezpiecznego zachodniego dyskursu o wojnie, prawie i sprawiedliwości. W dużej mierze jest to zasługa działaczy organizacji pozarządowych, takich jak Kenneth Roth, były szef Human Rights Watch, którzy przekształcili racjonalną debatę o prawach człowieka i użyciu siły w samoobronie w broń ideologiczną. Roth i jego zwolennicy, w tym moralnie ślepi akademicy podający się za ekspertów prawa, promują wyimaginowany "międzynarodowy porządek oparty na zasadach", który paraliżuje demokracje, a jednocześnie chroni despotycznych dyktatorów i terrorystycznych tyranów.
Nawet w Nowej Zelandii kwestie te zyskały znaczenie dalece przekraczające ich rzeczywistą wagę. Według Helen Clark, byłej premier, "prawo międzynarodowe zostało naruszone" przez amerykańsko-izraelskie uderzenia na Islamską Republikę Iranu — reżim, którego hasła brzmią "śmierć Ameryce" i "śmierć Izraelowi". Lider opozycji Chris Hipkins poszedł śladem Clark, pouczając, że "przestrzeganie prawa międzynarodowego nie powinno być kwestią dowolności". Obecny premier Christopher Luxon był ostrożniejszy, przyznając, że brakuje niezbędnych informacji.
Clark jest zagorzałą zwolenniczką Kena Rotha, a jej fundacja sprowadziła tego fałszywego proroka praw człowieka do Nowej Zelandii w lutym tego roku. Materiały fundacji wychwalały Rotha jako "czołowego, światowej sławy, obrońcę praw człowieka", co powtarzał także nowozelandzki oddział Amnesty International. W rzeczywistości jednak Roth, Clark i ich środowisko, zamiast wspierać humanitaryzm, wymazali z debaty brutalną terrorystyczną wojnę Iranu i odmówili sprawiedliwości jego licznym ofiarom.
W ich absurdalnej wersji prawa międzynarodowego działania prewencyjne i wyprzedzające — takie jak te prowadzone przez USA i Izrael — byłyby zakazane, chyba że skierowane przeciwko temu, co określają jako bezpośrednie, oczywiste i powszechnie uznane zagrożenia. W tej formie jednostronnego rozbrojenia, przypominającej europejski pacyfizm lat 20. i 30. XX wieku, nie da się zrobić nic, by powstrzymać złośliwych, agresywnych dyktatorów przed rozpoczęciem masowych rzezi. Ta prawna fasada oraz związane z nią instytucje, takie jak Organizacja Narodów Zjednoczonych i Międzynarodowy Trybunał Karny, są boleśnie oderwane od strategicznych, dyplomatycznych i wojskowych realiów XXI wieku.
Szczególnie ci, którzy potępiają uderzenia na Iran, zasłaniając się prawem międzynarodowym, wymazują ponad cztery dekady, podczas których Islamska Republika Iranu prowadziła morderczą kampanię przeciwko Stanom Zjednoczonym i Izraelowi. Przywódcy reżimu w Teheranie od początku mówili głośno: Waszyngton to "Wielki Szatan", Izrael to "Mały Szatan". Przeciwstawianie się obu państwom, a najlepiej ich zniszczenie, stanowi centralny element ideologii reżimu.
Realizując te hasła, Iran zbudował sieć sił zastępczych — Hezbollah w Libanie, Hamas w Gazie, Hutich w Jemenie oraz szyickie milicje w Iraku. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) stworzył machinę wojenną wyposażoną w tysiące rakiet balistycznych i dronów służących do ataków na izraelskie centra ludnościowe oraz blokowania kluczowych szlaków żeglugowych, a także zbroił komórki terrorystyczne odpowiedzialne za potworne masakry — od Jerozolimy po Bułgarię i Buenos Aires. Tak zwana "społeczność międzynarodowa", w tym wpływowi liderzy NGO, tacy jak Ken Roth, politycy pokroju Helen Clark oraz agendy ONZ odpowiedzialne za ochronę międzynarodowej stabilności i sprawiedliwości, przymykały na to oko, hipokrytycznie potępiając działania odwetowe.
Nuklearny wymiar agresywnych ambicji Iranu sprawia, że powstrzymanie zagrożenia masowym zniszczeniem staje się jeszcze pilniejsze. Program wzbogacania uranu, rozwój rakiet balistycznych oraz otwarcie ludobójcza obsesja wobec Izraela stworzyły wyjątkowo niebezpieczne połączenie. Reżim, który jawnie wzywa do likwidacji innego państwa i pracuje nad realizacją tego celu, nie może wiarygodnie oczekiwać, że jego sąsiedzi uznają projekt nuklearny za legalny program energetyki cywilnej.
Ignorując tę rzeczywistość, zachodni politycy i komentatorzy z chóru szermierzy prawem międzynarodowym oddają się niebezpiecznym fikcjom. Dopóki nuklearny pocisk wymierzony przez przeciwnika w Tel Awiw, Brukselę, Nowy Jork — a nawet Wellington czy Auckland — nie znajdzie się na wyrzutni, chcą przekonać świat, że działania prewencyjne są niewłaściwe. W ten sposób oczekują od demokracji, by zaakceptowały zbliżającą się katastrofę, zanim wolno im będzie działać w obronie własnej.
W rzeczywistości żaden legalny system prawny, w tym prawo międzynarodowe, nie może oczekiwać od potencjalnych ofiar ignorowania widocznych i wiarygodnych zagrożeń unicestwieniem. Artykuł 51 Karty Narodów Zjednoczonych uznaje przyrodzone prawo do samoobrony i nie wymaga narodowego samobójstwa. Co więcej, nie nakazuje państwom tolerowania powolnych ataków, takich jak irańska kampania przeciwko USA i Izraelowi. Od sprawy Caroline w XIX wieku po doktryny strategiczne zimnej wojny państwa uznawały, że rząd stojący wobec przytłaczającego i narastającego zagrożenia może — a wręcz musi — działać w celu obrony swoich obywateli, zanim zostaną zaatakowani. To jest istota sprawiedliwości.
W przeciwieństwie do tego, gdy terrorystyczny reżim buduje rakiety, uzbraja milicje zastępcze i rozwija zdolności nuklearne, jednocześnie deklarując chęć zniszczenia swoich sąsiadów, bezczynność jest samobójstwem.
Czy to w Londynie, Ottawie, Berlinie, czy nawet Wellington — żadna wiarygodna interpretacja prawa międzynarodowego nie wymaga od demokracji biernego oczekiwania, aż takie katastrofalne zagrożenia staną się rzeczywistością.
Gerald Steinberg: Urodzony w Wielkiej Brytanii, studiował fizykę i równolegle historię Bliskiego Wschodu, ma doktoraty z fizyki i z teorii zarządzania, jest profesorem nauk politycznych na Bar Ilan University. Założyciel NGO Monitor, instytutu śledzącego działalność międzynarodowych NGO na Bliskim Wschodzie.
