
Od czasów Karola Marksa komuniści i ich socjalistyczni pobratymcy zakładali, że zazdrość o sukces finansowy skłoni proletariat do przeprowadzenia rewolucji robotniczej w bogatych krajach Zachodu. Okazało się jednak, że nawet biedni chcą być bogaci.
W Ameryce, zamiast zamykać bogatych w łagrach albo zabierać im pieniądze, biedni próbowali wymyślić, jak samemu się wzbogacić.
Dzięki wolności rynkowej w Ameryce przeciętny amerykański pracownik niemal codziennie słyszy o jakimś zwyczajnym człowieku, który wynalazł jakiś gadżet albo wymyślił, jak sprzedać miliony sztuk tego samego produktu - i przy okazji się wzbogacił.
Jak zatem poprowadzić rewolucję, jeśli nie poprzez bunt robotników przeciwko bogatym albo - używając dzisiejszego języka - "oligarchom" i "miliarderom"?
W 1984 roku pastor Jesse Jackson stworzył "Rainbow Coalition" ("Tęczową Koalicję"). Biedni należeli do różnych ras, dlatego Jackson chciał, aby wszystkie rasy zostały włączone w to dążenie do dobrobytu. Wiele lat wcześniej Komunistyczna Partia Chin pod przywództwem Mao Zedonga zalecała, aby komuniści w wyborach w USA wykorzystywali tożsamość rasową - nie klasową czy ekonomiczną. Mao mógł rozumować, że skoro w USA ludzie należący do określonych ras byli w przeszłości uciskani, a niewolnictwo stanowiło dowód numer jeden, białą większość można było zaklasyfikować jako "ciemiężycieli". Wystarczy dodać wszystkich pozostałych, włączyć kobiety, gejów, lesbijki i osoby biseksualne, a bez trudu wygrywa się konkurs na większość "uciskanych".
Podsycanie antagonizmów rasowych to wielki biznes. Czterej pastorzy - Jesse Jackson, Jeremiah Wright, Al Sharpton i Louis Farrakhan - postawili sprawę jasno: żadnych kolonialistów, imperialistów ani syjonistów, a oznaczało to białych ludzi. Sam Jackson przewodził demonstracjom podkreślającym, że zachodnia "biała" cywilizacja "musi odejść". Krótko mówiąc, do "Tęczy" dopuszczano wyłącznie "właściwe" rasy, grupy etniczne, kultury i płeć.
Niestety Sharpton, Joy Reid i burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani mają dziś podatny grunt do szerzenia nienawiści opartej na rasowych podziałach.
W 1965 roku, dwadzieścia lat przed powstaniem "Rainbow Coalition" Jacksona, Stany Zjednoczone znacząco zmieniły swoje przepisy imigracyjne. Jednym z głównych zwolenników zmian był senator Ted Kennedy (demokrata z Massachusetts). Kluczowi autorzy ustawy, Emanuel Celler (demokrata z Nowego Jorku) i Phil Hart (demokrata z Michigan), stanowczo i wprost przekonywali, że ustawa nie ma na celu zmiany struktury rasowej ani składu etnicznego kraju czy też "zachodnioeuropejskiego dziedzictwa Ameryki".
W rzeczywistości jednak ustawa z 1965 roku została zaprojektowana właśnie po to - i jej autorzy o tym wiedzieli. Demografia Ameryki musiała się zmienić. W ślad za nowym prawem miał odejść również ten sam amerykański system konstytucyjny, który uznano za "opresyjny".
Dziś, około 70 lat później, transformacja jest już bardzo zaawansowana. 56 milionów ludzi, czyli 16% populacji USA, to osoby urodzone za granicą. Kolejnych dziesięć do dwudziestu milionów może przebywać tu nielegalnie. Nieprzypadkowo "Demokratyczni Socjaliści Ameryki", którzy wygrywają prawybory i wybory w całym kraju, to niemal wyłącznie imigranci urodzeni za granicą albo przedstawiciele pierwszego pokolenia potomków przybyszów, a niektórzy z nich byli pierwotnie nawet nielegalnymi imigrantami.
Wielu z nich pochodzi również z państw będących totalitarnymi, często marksistowskimi dyktaturami, które doprowadziły do gospodarczych katastrof. Jak ujął to Dave Portnoy, dyrektor generalny Barstool Sports:
"Jak doszliśmy do tego, że socjalizm jest w jakiś sposób postrzegany jako coś, co ma naprawić Stany Zjednoczone? A swoją drogą, wielu ludzi, którzy to mówią, uciekło z krajów będących koszmarem, żeby przyjechać do Stanów Zjednoczonych!"
Uciekając przed marksizmem, przywożą go ze sobą, a następnie chcą ustanowić go tutaj, w Ameryce.
Ci, którzy podążali śladami "Rainbow Coalition" Jacksona, opowiadali się za "właściwym" rodzajem imigracji: "osobami kolorowymi". Założenie wydaje się być takie, że ludzie z upadłych krajów Trzeciego Świata są w większości biedni, a zatem prawdopodobnie mają socjalistyczne poglądy polityczne: oczekują darmowej opieki zdrowotnej, bonów żywnościowych, dopłat do mieszkań i czesnego na poziomie przewidzianym dla mieszkańców danego stanu, oferowanych przez Amerykę, niezależnie od tego, czy przybywają jako nielegalni imigranci, czy korzystając z legalnych kanałów imigracyjnych.
Zwróćmy uwagę, że rasa, pochodzenie etniczne i płeć wszystkich "osób kolorowych" są cechami dziedziczonymi: żadna z nich nie ma nic wspólnego z zasługami. Gdy raz zostaniesz uznany za członka grupy uciskanych, pozostajesz w tej klasie na zawsze i nie możesz się z niej wydostać.
I odwrotnie: gdy raz zostaniesz zaliczony do klasy ciemiężycieli - jako biały człowiek, który odniósł sukces - również nigdy nie możesz z niej wyjść. Tkwisz w niej na wieczność, chyba że jesteś objętym wyjątkiem miliarderem, takim jak George Soros, albo multimilionerem, takim jak senatorowie Bernie Sanders i Elizabeth Warren czy kongresmen Ro Khanna. Oni otrzymują specjalną dyspensę.
Grupę uciskanych - obejmującą również klasę imigrantów lub cudzoziemców, legalnych bądź nielegalnych - można rozszerzać bez końca i nigdy jej nie uszczuplać. Zwróćmy uwagę, że "mapa etniczna" Nowego Jorku Mamdaniego pomijała Włochów, Irlandczyków i Żydów - wszystkich białych - a jednocześnie starannie wyróżniała takie grupy jak Pakistańczycy jako część nowo przybyłej klasy uciskanych, której obiecuje się coraz więcej darmowych świadczeń - mieszkania, opiekę medyczną, artykuły spożywcze i edukację. Demokratyczni Socjaliści Ameryki domagają się nawet 32-godzinnego tygodnia pracy przy zachowaniu wynagrodzenia za 40 godzin.
Jeśli chodzi o imigrację, senator Mark Warner (demokrata z Wirginii) oświadczył, że gdy tylko uda ci się przedostać przez straż graniczną lub służby celne, Stany Zjednoczone są ci winne amnestię, obywatelstwo - a przede wszystkim prawo głosu. Najwyraźniej właśnie to oznacza reforma - a właściwie likwidacja - ICE. Jeśli będziemy mieli szczęście, być może zachowamy jakieś elementy straży granicznej "na pokaz".
Znaczenie amerykańskiego obywatelstwa - podobnie jak sama idea Ameryki i jej konstytucji - zostałoby zatem zniesione. Konstytucja USA zostałaby podarta na strzępy, a cała koncepcja mechanizmu kontroli i równowagi władz odrzucona, zastąpiona tyranią zwykłej większości, czyli "rządami motłochu". Nie byłoby prezydenta, Senatu, Sądu Najwyższego, a już z pewnością Kolegium Elektorów. Demonstranci na ulicach mogliby żądać: "Nie ma sprawiedliwości, nie będzie pokoju", tak jak robiły to "turbas divinas", czyli "boskie tłumy" (cywilne paramilitarne oddziały szturmowe prezydenta Nikaragui Daniela Ortegi), gdzie przemoc uliczna staje się prawem - na co mógł liczyć lider mniejszości w Senacie Chuck Schumer, gdy wzywał do przemocy wobec sędziów Sądu Najwyższego:
"Chcę ci powiedzieć, Gorsuch; chcę ci powiedzieć, Kavanaugh: rozpętaliście burzę i zapłacicie za to. Nie będziecie wiedzieli, co was uderzyło, jeśli pójdziecie dalej z tymi okropnymi decyzjami".
Zniknąłby nie tylko konstytucyjny system kontroli i równowagi władz oraz ograniczonych kompetencji, lecz także wszelkie pojęcia osiągnięć i zasług. W USA studenci medycyny i lekarze są awansowani i wybierani ze względu na swoje cechy etniczne, rasowe lub płciowe, z których wszystkie są dziedziczone, a nie "osiągane" - chyba że, jak Ward Churchill czy Elizabeth "Pocahontas" Warren, dokonujesz "fałszywego przywłaszczenia", by zaliczyć się do klasy uciskanych. Wielu spośród tych "Demokratycznych Socjalistów" chce obecnie pozbawić finansowania nie tylko policję i straż graniczną, lecz także Departament Obrony. Krótko mówiąc, oznajmiają, że chcieliby oddać kraj przestępcom, handlarzom narkotyków, przemytnikom i krzykaczom. Żadnych więzień, żadnych granic, żadnej odpowiedzialności. W ten sposób znacznie łatwiej przejąć kraj. Najpierw wywołujesz chaos, a potem bohatersko wkraczasz z obietnicami, że go naprawisz - stary numer pod tytułem "jesteś jednocześnie podpalaczem i strażakiem".
W tym nowym społeczeństwie zasługi odrzuca się jako rezultat "białego przywileju", zamiast traktować je jako miarę lub wartość osiągnięć. Znaczenie ma wyłącznie kolor skóry lub pochodzenie etniczne. Nawet amerykańskie szkoły medyczne traktowały rasę jako miarę kompetencji medycznych, co doprowadziło w ubiegłym roku do wyraźnego zakazu takiej praktyki.
Gdy zasługi wyrzuca się za burtę, wyniki testów edukacyjnych przestają być potrzebne. Możliwość wyboru szkoły jest demonizowana. Szkoły katolickie? Kolejny przejaw "białego przywileju". Smithsonian Institution opublikował przewodnik edukacyjny dla uczniów od 3. do 12. klasy, w którym pada stwierdzenie: "Białość: ideologia, która umacnia władzę kosztem innych".
Ocena nauczania nie opiera się na tym, czy uczniowie ostatecznie cokolwiek wiedzą, lecz wyłącznie na tym, czy "właściwe" treści ideologiczne są przekazywane przez "właściwego" rodzaju nauczyciela, należącego do "właściwej" rasy, grupy etnicznej, płci lub orientacji seksualnej.
Całe oszustwo "różnorodności, równości i inkluzywności" (DEI) stanowi część tej sprytnej kampanii mającej przekształcić Amerykę w kolejne Chiny lub Kubę poprzez wykorzystanie rasy i pochodzenia etnicznego jako dźwigni.
Historia Ameryki, którą należy opowiadać, to na przykład historia jej niezwykłej kampanii na rzecz zniesienia niewolnictwa oraz rozszerzenia wolności na miliardy ludzi na całym świecie.
Fakt, że Stany Zjednoczone odziedziczyły niewolnictwo, umknął autorom odrażającego "Projektu 1619", dzięki czemu mogli oni przykleić naszym Ojcom Założycielom trwałą etykietę "ciemiężycieli" z powodu niewolnictwa.
Pierwszym aktem ustawodawczym Vermontu, 14. stanu USA, było zniesienie niewolnictwa. Dlaczego nikt w USA nigdy nie protestuje przeciwko niewolnictwu, które nadal istnieje w innych częściach świata?
Peter Huessy jest pracownikiem naukowym (Senior Fellow) w National Institute for Deterrent Studies, a dr Stephen Blank jest pracownikiem naukowym (Senior Fellow) w Foreign Policy Research Institute.
