
Arabskie i muzułmańskie kraje, w tym Pakistan, nie rozbroją Hamasu
Pakistan – który nie uznaje Izraela i nie uważa Hamasu za organizację terrorystyczną – był pierwszym państwem, które w 1979 roku uznało reżim Chomeiniego w Iranie, tak jak Iran był w 1947 roku pierwszym krajem, który uznał niepodległość Pakistanu. Od tamtej pory Pakistan utrzymywał znacznie bliższe relacje z Iranem niż z Izraelem, a po wojnie w Gazie w 2023 roku wielokrotnie wzywał państwa muzułmańskie do "zjednoczenia się przeciwko Izraelowi" (jak np. tu, tu i tu).
W niedawnym wywiadzie egipski minister spraw zagranicznych Badr Abdelatty został zapytany o kwestię rozbrojenia wspieranej przez Iran organizacji terrorystycznej – zgodnie z drugą fazą 20-punktowego planu pokojowego prezydenta USA Donalda Trumpa, mającego zakończyć wojnę w Strefie Gazy.
Abdelatty odpowiedział:
"Plan Trumpa mówi o ograniczeniu i oddaniu broni, a nie o jej rozbrojeniu. To są kwestie, które zostaną uzgodnione pomiędzy palestyńskimi frakcjami. Uważam, że istnieje możliwość wypracowania – w ramach porozumienia między frakcjami – formuły, która przewidywałaby stopniowe oddanie broni w palestyńskim, wewnętrznym kontekście."
Jednak plan Trumpa wprost wzywa do całkowitego rozbrojenia Hamasu i wszystkich palestyńskich grup zbrojnych:
"Hamas i inne frakcje zgadzają się nie odgrywać żadnej roli w zarządzaniu Gazą – bezpośrednio, pośrednio ani w jakiejkolwiek innej formie. Cała infrastruktura militarna, terrorystyczna i ofensywna, w tym tunele i zakłady produkcji broni, zostanie zniszczona i nie będzie odbudowywana."
Wymóg, by Hamas i inne grupy złożyły broń, a Strefa Gazy została "zdemilitaryzowana", to podstawowy warunek przejścia do drugiej fazy planu:
"Po zwróceniu wszystkich zakładników, członkowie Hamasu, którzy zobowiążą się do pokojowego współistnienia i złożenia broni, otrzymają amnestię."
Abdelatty najwyraźniej liczy na to, że kolejne zdanie z planu Trumpa daje pewną "furtkę" pozwalającą ominąć nakaz "zniszczenia i zakaz odbudowy" infrastruktury:
"Proces demilitaryzacji Gazy będzie nadzorowany przez niezależnych obserwatorów i obejmie trwałe wycofanie broni z użycia w ramach uzgodnionego procesu rozbrojenia, wspieranego przez międzynarodowo finansowany program wykupu broni i reintegracji, weryfikowany przez niezależnych obserwatorów."
Warto zauważyć, że dotąd żadne państwo arabskie nie zadeklarowało gotowości do udziału w rozbrojeniu palestyńskich grup terrorystycznych, w tym Hamasu, poprzez proponowane przez Trumpa Międzynarodowe Siły Stabilizacyjne (ISF). Król Jordanii Abdullah II niedawno ostrzegł, że kraje arabskie odrzucą jakiekolwiek próby "wymuszania" pokoju w Strefie Gazy, jeśli miałyby tam być rozmieszczone w ramach planu Trumpa:
"Jaki będzie mandat sił bezpieczeństwa w Gazie? Mamy nadzieję, że będzie to misja pokojowa, bo jeśli będzie to wymuszanie, nikt nie będzie chciał brać w tym udziału. Pokojowa misja oznacza wsparcie dla lokalnych sił policyjnych – Palestyńczyków, których Jordania i Egipt są gotowe szkolić na dużą skalę, ale to wymaga czasu. Jeśli mamy patrolować Gazę z bronią, to nie jest sytuacja, w którą jakiekolwiek państwo chciałoby się zaangażować."
Innymi słowy, jordański monarcha jasno daje Trumpowi do zrozumienia, że nie powinien liczyć na to, iż Jordania lub inne kraje arabskie wezmą udział w misji mającej konfrontować się z palestyńskimi grupami terrorystycznymi i konfiskować ich broń. Owszem, w połowie 2025 roku cała 22-osobowa Liga Arabska poparła deklarację wzywającą Hamas do rozbrojenia, uwolnienia wszystkich izraelskich zakładników i zakończenia rządów w Strefie Gazy. Jednak co innego wydać oświadczenie, a co innego rzeczywiście wziąć udział w takiej operacji. Arabscy przywódcy obawiają się reakcji ulicy arabskiej, na której antyizraelskie nastroje i sympatia dla palestyńskiego "oporu" – czyli terroryzmu wobec Izraela – wciąż są bardzo silne.
Według sondażu opublikowanego przez mające siedzibę w Dosze Arab Center for Research & Policy Studies, 67% Arabów uważa atak Hamasu na Izrael z 7 października 2023 roku za "legalny akt oporu". Kolejne 69% respondentów wyraziło solidarność z Palestyńczykami i Hamasem, a 59% stwierdziło, że nie widzi możliwości pokoju z Izraelem.
Egipski minister spraw zagranicznych podziela stanowisko króla Abdullaha w sprawie roli ISF w Strefie Gazy. Zapytany, czy Egipt i inne państwa arabskie dołączą do sił, Abdelatty odpowiedział:
"Prowadzimy poważny i pozytywny dialog ze stroną amerykańską, ponieważ ta misja musi mieć charakter pokojowy, a nie wymuszający pokój – a to ogromna różnica. Pokojowa misja oznacza monitorowanie przestrzegania zawieszenia broni przez obie strony oraz pomoc w obsłudze przejść granicznych. Egzekwowanie prawa i utrzymywanie porządku publicznego to wyłączna odpowiedzialność palestyńskiej policji, która musi zostać rozmieszczona w Strefie Gazy. Egipt zdecydowanie popiera utworzenie sił międzynarodowych i istnieją różne ramy wsparcia logistycznego i technicznego dla tych sił. Bierzemy również udział w operacjach dowodzenia i kontroli – Egipt ma swoich przedstawicieli w Komitecie Cywilno-Wojskowym w Kirjat Gat na południu Izraela, powołanym do monitorowania wdrażania porozumienia z Szarm el-Szejk."
Stanowisko Egiptu w kwestii rozbrojenia Hamasu nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Egipt nie chce brać udziału w takim przedsięwzięciu.
Po pierwsze, Egipt uważa, że sprawa ta powinna zostać rozstrzygnięta "w ramach porozumienia między palestyńskimi frakcjami". Według egipskiego ministra spraw zagranicznych kraje arabskie nie powinny ingerować w wewnętrzne sprawy Palestyńczyków. Sugeruje on – najwyraźniej całkiem poważnie – że Hamas, Palestyński Islamski Dżihad i inne palestyńskie organizacje terrorystyczne wspierające "zbrojną walkę" powinny spotkać się, by omówić możliwość złożenia broni i zakończenia walki z Izraelem. Do tego doszłoby tylko, gdyby piekło zamarzło.
Po drugie, egipski minister twierdzi, że broń w Strefie Gazy powinna być oddawana "stopniowo". Abdelatty najwyraźniej nie rozumie "pośpiechu" związanego z rozbrojeniem palestyńskich grup terrorystycznych – których deklarowanym celem jest mordowanie Żydów i zniszczenie Izraela, co udowodniły 7 października. "Stopniowe oddanie broni" to proces, który może trwać latami, pozwalając grupom terrorystycznym na przezbrojenie się, odbudowę zdolności bojowych i przeprowadzenie kolejnego ataku na Izrael.
Po trzecie, choć państwa arabskie popierają rozmieszczenie wojsk międzynarodowych w Strefie Gazy, upierają się, że ich mandat powinien ograniczać się do misji pokojowej: działania jako bufor między izraelską armią a Hamasem, zapewnianie dostaw pomocy humanitarnej, a nie wymuszanie bezpieczeństwa siłą czy rozbrajanie grup terrorystycznych. Arabowie najwyraźniej chcą powtórzyć w Gazie nieudany model Tymczasowych Sił ONZ w Libanie (UNIFIL) z 1978 roku, które nie powstrzymały wspieranego przez Iran Hezbollahu przed militarną ekspansją (150 000 rakiet i pocisków) i umocnieniem się w południowym Libanie.
Tymczasem założenie, że palestyńskie grupy terrorystyczne dobrowolnie oddadzą broń, jest po prostu nierealistyczne.
29 grudnia 2025 roku zbrojne ramię Hamasu ponownie oświadczyło, że nie złoży broni. "Nasz naród się broni i nie porzuci broni, dopóki trwa okupacja" – oświadczył nowy rzecznik grupy w nagraniu wideo.
Równie nierealistyczne jest zakładanie, że Autonomia Palestyńska, kierowana przez Mahmuda Abbasa, ma wolę lub zdolność do rozbrojenia Hamasu. Tak jak arabscy przywódcy, Abbas nie chce być postrzegany jako marionetka Izraela czy USA działająca przeciwko palestyńskiemu "oporowi". Przypomnijmy: Autonomia Palestyńska rządziła Strefą Gazy w latach 1994–2007, ale nie była w stanie rozbroić Hamasu i innych grup terrorystycznych. Latem 2007 roku Hamas obalił władzę AP, wyrzucił ją z Gazy i przejął pełną kontrolę nad Strefą.
Państwa arabskie, podobnie jak Turcja i Pakistan nie postrzegają Hamasu jako bezpośredniego zagrożenia dla swojego bezpieczeństwa narodowego: Hamas działa wyłącznie przeciwko Izraelowi. To kolejny powód, dla którego sprzeciwiają się udziałowi w rozbrajaniu Hamasu. Przywódcy arabscy i muzułmańscy podejmują działania przeciwko islamskim terrorystom wyłącznie wtedy, gdy ci zagrażają ich reżimom, bezpieczeństwu i stabilności.
Strefa Gazy nie potrzebuje sił pokojowych ani obserwatorów. Prezydent Donald J. Trump sam już wcześniej przedstawił rozwiązanie – podobnie jak w tym tygodniu wobec Wenezueli:
"Będziemy zarządzać tym krajem do czasu, aż będzie można przeprowadzić bezpieczne, właściwe i rozważne przekazanie władzy. Nie chcemy, by ktoś inny przejął stery, a potem sytuacja znów się powtórzy."
Deweloperzy z entuzjazmem przystąpiliby do realizacji pierwotnej wizji Trumpa: "Riwiera Gazy":
"Gaza znajdowałaby się pod amerykańskim zarządem powierniczym przez około dziesięć lat, aż zreformowane i zderadykalizowane palestyńskie władze byłyby gotowe przejąć jej administrację."
Ci Palestyńczycy w Gazie, którzy chcieliby wyjechać, mogliby to zrobić bez obaw o groźby czy represje. USA mogłyby zadbać o to, by terroryści, którzy stanowczo odmówią rozbrojenia, zostali – jak Trump określał "złych typów" w Meksyku – "unieszkodliwieni". Jeśli istnieją uzasadnione obawy przed narażeniem amerykańskich żołnierzy, być może sąsiadujący z Gazą kraj mógłby pomóc.
Przede wszystkim jednak, Trump – budowniczy – mógłby nadzorować rozwój jednego z najbardziej spektakularnych terenów inwestycyjnych na świecie, jak powiedział o Wenezueli:
"Nasze wielkie amerykańskie koncerny naftowe wejdą, wydadzą miliardy dolarów, naprawią zniszczoną infrastrukturę... i zaczną przynosić krajowi zyski."
Wystarczy zamienić słowo "ropa" na "inwestycje w nieruchomości", a Trump dostarczy najbardziej dalekosiężne rozwiązanie pokojowe w historii – po raz drugi – i to w dwóch różnych częściach świata.
Tak jak powiernictwo USA i "bezpieczne, właściwe i rozważne przekazanie władzy" to jedyne rozwiązanie dla Wenezueli, tak samo jest to jedyna realistyczna droga do sukcesu w Gazie.
Państwa arabskie i muzułmańskie mogą się temu sprzeciwić: burzy to ich szanse na łatwiejszy atak na Izrael po odejściu Trumpa. I właśnie dlatego trwała obecność USA lub Izraela w Gazie to jedyny sposób na zapewnienie pokoju w Strefie Gazy, pokoju na Bliskim Wschodzie i świetlanej przyszłości dla pokojowo nastawionych Palestyńczyków, którzy pozostaną.
Khaled Abu Toameh – arabski wielokrotnie nagradzany dziennikarz z Jerozolimy.
