
Dzięki administracji Trumpa i Izraelowi nigdy w swej czterdziestosześcioletniej historii reżim irański nie był słabszy. Nigdy, od rewolucji islamskiej ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego w 1979 roku, duchowny system władzy nie stanął w obliczu takiej konwergencji wewnętrznego buntu, gospodarczego załamania, militarnej podatności i psychologicznej porażki. Nigdy ajatollahowie nie byli tak obnażeni i tak przerażeni własnym społeczeństwem. To historyczne osłabienie jest efektem długotrwałej presji i — przede wszystkim — odwagi narodu irańskiego, który powstał przeciw systemowi rządzącemu ich życiem od pokoleń poprzez więzienia i egzekucje.
Fundamenty Islamskiej Republiki — jej roszczenie do boskiej legitymacji, przemoc, mit nietykalności i kontrola nad gospodarką — wszystkie jednocześnie się kruszą. Reżimy rzadko upadają tylko dlatego, że są nielubiane. Upadają, gdy strach zmienia stronę. Dziś strach nie jest już wyłącznie udziałem społeczeństwa — sięgnął sięgnął najwyższych szczebli władzy.
Z tego powodu ten moment nie jest czasem na wahanie czy kompromisy, lecz na intensyfikację presji. Historia pokazuje, że systemy autorytarne często trwają nie dlatego, że są silne, ale dlatego, że ich przeciwnicy zbyt szybko tracą cierpliwość, jedność lub nadzieję. Iran stoi dziś na rozdrożu. Jedna ścieżka prowadzi do transformacji demokratycznej. Druga – do przetrwania jednego z najbardziej brutalnych ideologicznych reżimów współczesności.
Jeśli spojrzeć uczciwie, tylko trzy siły naprawdę planują koniec tego radykalnego systemu i pracują na rzecz wolności w Iranie. Reszta społeczności międzynarodowej, w najlepszym wypadku, obserwuje z dystansu; w najgorszym — umożliwia trwanie reżimu poprzez handel, normalizację dyplomatyczną lub milczącą współwinę. Trzy decydujące siły to: prezydent Donald Trump i jego administracja, rząd Izraela pod przewodnictwem Benjamina Netanjahu oraz sam naród irański.
Trump przełamał wzorzec, który utrwalał się przez dekady. Po raz pierwszy od utworzenia Islamskiej Republiki irańscy przywódcy stanęli wobec amerykańskiego prezydenta, którego obawiają się w sposób realny. To zmiana strategiczna. Trump łączy dwa narzędzia, których dyktatury boją się najbardziej: moralną jasność i gotowość do użycia siły.
W sferze słów Trump złamał obowiązujące tabu. Zwrócił się do Irańczyków jako do politycznych podmiotów, pochwalił ich odwagę, uznał ich walkę za uprawnione dążenie do wolności. Reżimy potrzebują psychicznej izolacji obywateli, by utrzymać władzę. Uznanie z zewnątrz ją podważa.
W sferze działań Trump wzmocnił słowa konkretną presją: sankcje traktowano jak broń ekonomiczną, uderzającą w finansowe arterie reżimu. Urzędnicy odpowiedzialni za represje zostali objęci sankcjami. Co najważniejsze, groźby militarne zostały spełnione.
Rezultat? Realny strach u szczytów władzy. Pojawiły się doniesienia o transferach ogromnych sum pieniędzy za granicę przez elitę władzy — w próbie zabezpieczenia majątku na wypadek upadku reżimu.
Izrael stanowi drugi filar tej bezprecedensowej presji.
Przez lata Teheran kreował się na nietykalne centrum regionalnej osi, osłonięte przez zachodni strach przed eskalacją. Ten mit został obalony. Izraelskie uderzenia w infrastrukturę reżimu – szczególnie związaną z programem nuklearnym – pokazały, że niebo Iranu nie jest nietykalne, jego sekrety są znane, a obrona – bez znaczenia.
Znaczenie tych działań uderza w sam rdzeń mitu Islamskiej Republiki. Reżim przez dekady budował obraz boskiej nietykalności. Gdy izraelskie operacje dotarły w głąb Iranu, ta narracja runęła. Społeczeństwo zobaczyło, że władza nie potrafi ochronić nawet najwrażliwszych instalacji. Elity dostrzegły, że propaganda może zostać obalona w trzy godziny.
To militarne upokorzenie miało efekt psychologiczny, jakiego same sankcje nie mogłyby osiągnąć. Przekazało Irańczykom: Islamska Republika, która rości sobie prawo do pełnej kontroli nad waszym życiem, nie potrafi nawet zadbać o własne bezpieczeństwo.
Najważniejszą siłą w tym historycznym momencie nie była jednak ani Ameryka, ani Izrael. Był nią naród irański.
Przez lata amerykańscy prezydenci woleli postrzegać protesty w Iranie jako niezadowolenie ekonomiczne. Tymczasem najnowsze fale demonstracji ujawniają społeczeństwo, które nie chce już reform. Chce końca reżimu.
Te protesty — wywołane przez utratę siły nabywczej i niemożność dalszego życia w milczeniu, podczas gdy skorumpowana elita się bogaci — szybko przybrały charakter polityczny. Hasła przeszły od cen do odrzucenia całego systemu.
Reżim odpowiedział masakrami i aresztowaniami. Całe dzielnice zostały sterroryzowane. Wyłączano internet, by stłumić koordynację.
Mimo to wiele krajów europejskich i szerzej — Zachód — milczy. To forma współudziału. Europejscy politycy dużo mówią o prawach człowieka, a jednocześnie utrzymują relacje z najbrutalniejszymi reżimami świata. Potępiają represje, ale językiem wyważonym i niekonfrontacyjnym. Martwią się o "stabilność", ignorując fakt, że to irański reżim destabilizuje region, wspiera wojny, dostarcza broń Rosji do użycia przeciw Ukrainie i organizuje zamachy na europejskiej ziemi.
Ironią losu jest to, że Europa sama cierpi z powodu polityki Iranu – poprzez terroryzm, uchodźców i zagrożenia bezpieczeństwa – a mimo to nie wspiera jedynej siły, która może rozwiązać problem u źródła: irańskiego społeczeństwa. W zamian oferuje deklaracje, konferencje i moralną paplaninę.
Dlatego ekonomiczna presja na Teheran musi być nieustanna. Sankcje nie mogą służyć medialnym nagłówkom, lecz muszą rzeczywiście ograniczać możliwości finansowe służb bezpieczeństwa Iranu, Korpusu Strażników Rewolucji i aparatu represji.
Presja militarna musi pozostać realna: odstraszanie ratuje życie. Gdy reżim wierzy, że może zabić bez konsekwencji – robi to. Gdy boi się odpowiedzi — powstrzymuje się. Groźby Trumpa zmieniły kalkulacje w Teheranie. Gdy Trump się waha, Iran zabija (tak było m.in. tutaj, tutaj, tutaj i tutaj). Usunięcie tego strachu byłoby prezentem dla reżimu.
Presja moralna również musi trwać. Irańczycy muszą wiedzieć, że ich walka jest widziana i szanowana. Milczenie zabija nadzieję. Uznanie ją wzmacnia.
Tylko trzy siły naprawdę pchają historię w kierunku wolności: Stany Zjednoczone, Izrael i sam naród irański. Razem stworzyły największe zagrożenie dla Islamskiej Republiki od jej powstania.
Nie wolno zmarnować tej szansy. Reżim irański znalazł się w potrzasku. Odpuścić teraz — to dać mu czas na odbudowę machiny represji. Zachód musi zdecydować: albo stanie po stronie społeczeństwa walczącego z brutalnym, fundamentalistycznym systemem, albo będzie się przyglądał, jak ten system odzyskuje władzę przelewając krew.
