Prezydent USA Donald J. Trump ma ogłosić powstanie "Rady Pokoju", która tymczasowo miałaby zarządzać Strefą Gazy oraz nadzorować jej odbudowę. Według licznych doniesień, do udziału w tym przedsięwzięciu zaproszono m.in. Katar i Turcję.
Oba te państwa są powszechnie znane jako główni międzynarodowi sponsorzy politycznego islamu, szczególnie ze względu na swoje historyczne i trwające wsparcie dla grup terrorystycznych oraz Bractwa Muzułmańskiego – w tym Hamasu, który obecnie rządzi Strefą Gazy i nie wykazuje najmniejszych oznak rezygnacji z przemocy. Trudno więc uwierzyć, że z udziałem takich krajów nowa rada byłaby w stanie przynieść Bliskiemu Wschodowi pokój, bezpieczeństwo i stabilność.
Założenie, że Katar czy Turcja wezmą udział w rozbrojeniu Hamasu i innych palestyńskich organizacji terrorystycznych działających w Strefie Gazy, może zawierać dobre intencje, ale jest dramatycznie błędne. Zarówno Katar, jak i Turcja od lat stoją po stronie Hamasu – przyjmując jego przywódców i czołowych działaczy jako rezydentów w Dosze i Ankarze.
Oddanie Strefy Gazy pod zarząd międzynarodowego ciała, w którego skład wchodziliby długoletni sojusznicy Hamasu i innych terrorystów, byłoby niestety jeszcze większą katastrofą niż Porozumienia z Oslo z 1993 roku, podpisane między Izraelem a Organizacją Wyzwolenia Palestyny (OWP).
Porozumienia z Oslo również opierały się na dobrze brzmiącym, ale fałszywym założeniu, że OWP i jej lider, Jaser Arafat, staną się prawdziwymi partnerami na drodze do pokoju i podejmą walkę z terroryzmem na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy. 9 września 1993 roku Arafat napisał do premiera Izraela, Icchaka Rabina:
"Podpisanie Deklaracji Zasad oznacza nową erę w historii Bliskiego Wschodu. W głębokim przekonaniu co do tego, chciałbym potwierdzić następujące zobowiązania OWP:
OWP uznaje prawo Państwa Izrael do istnienia w pokoju i bezpieczeństwie.
OWP akceptuje Rezolucje 242 i 338 Rady Bezpieczeństwa ONZ.
OWP zobowiązuje się do procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie i do pokojowego rozwiązania konfliktu między obiema stronami, deklarując, że wszystkie nierozwiązane kwestie dotyczące statusu permanentnego zostaną rozstrzygnięte poprzez negocjacje.
OWP uważa podpisanie Deklaracji Zasad za wydarzenie historyczne, inaugurujące nową epokę pokojowego współistnienia, wolnego od przemocy i wszelkich działań zagrażających pokojowi i stabilności. W związku z tym OWP wyrzeka się stosowania terroryzmu i przemocy oraz zobowiązuje się do nadzoru nad wszystkimi elementami i personelem OWP, by zapewnić przestrzeganie zobowiązań, zapobiegać naruszeniom i karać winnych..."
Jednak krótko przed podpisaniem porozumień z Oslo, Arafat porównał je do traktatu z Hudaibijji, w którym prorok Mahomet zobowiązał się nie atakować plemienia Kurajszytów z Mekki przez dziesięć lat. Mimo to, w ciągu dwóch lat Mahomet zgromadził armię 10 000 ludzi, wkroczył do Mekki i ją podbił.
Niedługo po podpisaniu porozumień z Oslo, Arafat został przyłapany na próbie przemycenia czterech niebezpiecznych terrorystów do Izraela w swoim oficjalnym konwoju. "Trzech terrorystów znajdowało się w bagażnikach każdego z mercedesów, a czwarty, Dżihad al-Amarin, leżał na tylnym siedzeniu, na którym siedział Arafat" – relacjonował wówczas Avi Dichter, były szef izraelskiego wywiadu Shin Bet.
Ponad 30 lat później jest jasne, że eksperyment z Oslo całkowicie się nie powiódł. W nowo utworzonej Autonomii Palestyńskiej, zdominowanej przez lojalistów Arafata z frakcji Fatah, palestyńskie organizacje terrorystyczne – w tym Hamas – rozkwitły. Pomagały im w tym ogromne, bezwarunkowe dotacje z Europy – "niemal 30 miliardów euro od 1994 roku" – które zwolniły palestyńskich przywódców z obowiązku tworzenia realnej gospodarki. Dzięki temu środki te mogły być wykorzystywane do finansowania terroryzmu i korupcji. Kraje arabskie, takie jak Katar, Arabia Saudyjska i Kuwejt, również hojnie wspierały Palestyńczyków. W efekcie, od momentu gdy OWP została "wprowadzona" przez Izrael do Strefy Gazy i na Zachodni Brzeg, tysiące Izraelczyków zginęło w nieustających atakach terrorystycznych.
Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebują Izrael i USA w Strefie Gazy, jest kolejna fałszywa umowa w stylu Oslo. W Gazie i tak nadal pełno jest islamistycznych grup terrorystycznych. Tak jak Departament Obrony USA – obecnie Departament Wojny – w rzeczywistości ma na celu osiągnięcie pokoju przez siłę, tak i Gaza potrzebuje "Rady Wojny", która zwalczy terroryzm i raz na zawsze zniszczy jego polityczną oraz militarną infrastrukturę.
W rzeczywistości tylko dwa kraje są zdolne do realizacji tego zadania: Stany Zjednoczone i Izrael. Inne państwa – nie tylko arabskie i muzułmańskie, jak ostrzegał król Jordanii Abdullah II, ale również kraje europejskie, w tym Niemcy, Włochy, Wielka Brytania i Kanada – nie wykazują najmniejszego zainteresowania faktyczną walką z terroryzmem w Strefie Gazy.
Dlatego administracja Trumpa powinna poważnie rozważyć objęcie Gazy wyłączną kontrolą USA i Izraela – przynajmniej, jak to Trump powiedział w kontekście Wenezueli:
"Zamierzamy zarządzać tym krajem do czasu, aż możliwe będzie bezpieczne, właściwe i pewne przekazanie władzy... Nie możemy ryzykować, że przejmie ją ktoś, kto nie ma na względzie dobra... mieszkańców."
Jeśli USA mogą zarządzać Wenezuelą czy Grenlandią, albo organizować "zabezpieczenia" dla Ukrainy w postaci amerykańskich firm, to dlaczego nie w Strefie Gazy – mniejszej, ale równie ważnej geopolitycznie?
Amerykańsko-izraelska kontrola nad Strefą Gazy zapewniłaby, paradoksalnie, najmniejsze ryzyko dla wszystkich zainteresowanych stron – przede wszystkim dla samych Palestyńczyków z Gazy. Tylko takie rozwiązanie wydaje się realnie prowadzić do ograniczenia przemocy i osiągnięcia długoterminowej stabilizacji w regionie.
Od dziesięcioleci tylko USA i Izrael prowadzą realną walkę z islamistycznymi organizacjami terrorystycznymi – w tym z Al-Kaidą, Państwem Islamskim (ISIS), Hezbollahem, Hamasem i Palestyńskim Islamskim Dżihadem.
Kontrola amerykańsko-izraelska umożliwiłaby także pokojowo nastawionym mieszkańcom Gazy przeciwstawienie się radykałom. Większość Palestyńczyków w Strefie Gazy od zawsze bała się krytykować Hamas. Ci, którzy odważyli się mówić głośno, byli zabijani, torturowani, aresztowani lub zmuszeni do ucieczki.
Wspólna obecność USA i Izraela – zarówno w zakresie bezpieczeństwa, jak i biznesu – mogłaby wreszcie doprowadzić do powstania umiarkowanej, pragmatycznej palestyńskiej klasy politycznej. Taki scenariusz nigdy nie ziści się, jeśli do Gazy zostaną wpuszczone Katar, Turcja, Pakistan czy Autonomia Palestyńska. Znacznie bardziej prawdopodobne jest wówczas zerwanie umów i wybuch nowej wojny po odejściu Trumpa z urzędu.
Amerykańska lub izraelska kontrola nad Gazą nie tylko powstrzymałaby dalszy wzrost potęgi palestyńskich organizacji terrorystycznych i ich ataków, ale także wysłałaby jasny sygnał uspokajający do sąsiednich państw arabskich i muzułmańskich, że mogą liczyć na USA w walce z islamistycznym terrorem skierowanym przeciw ich własnym reżimom. Warto przypomnieć, że takie kraje jak Egipt, Jordania, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn od lat czują się zagrożone, a nierzadko atakowane przez Bractwo Muzułmańskie, Hamas, Hezbollah czy rebeliantów w Jemenie.
Kontrola amerykańsko-izraelska oznaczałaby także napływ inwestycji zagranicznych i rozwój gospodarczy Strefy Gazy. Silna obecność USA i zachodniego kapitału, z gwarancją bezpieczeństwa dla tych inwestycji, stworzyłaby miejsca pracy i poprawiła warunki życia mieszkańców, a sama Gaza mogłaby wreszcie stać się spektakularną "Riwierą Gazy", na którą zasługuje.
Obecnie żadne państwo nie spieszy się, by inwestować w Gazę. Jeśli rządy powiązane z Bractwem Muzułmańskim miałyby nad nią kontrolę, nie byłoby mowy o ochronie inwestycji ani o egzekwowaniu prawa.
Co gorsza, potencjalni darczyńcy widzą, że Hamas i inne grupy terrorystyczne nadal kontrolują znaczne obszary Gazy i nie zamierzają ani się rozbroić, ani ustąpić. Jeśli administracja USA sądzi, że arabsko-muzułmańska "Rada Pokoju" rzeczywiście podejmie działania zmierzające do rozbrojenia Hamasu, czeka ją brutalne rozczarowanie. W momencie, gdy padnie pierwszy strzał, ostatnią rzeczą, o której pomyśli "Rada Pokoju", będzie "pokój".
Po dwóch latach śmierci i zniszczenia wielu Palestyńczyków wolałoby żyć pod rządami Amerykanów, a nawet – choć tego głośno nie przyznają – Izraelczyków, niż pod władzą organizacji terrorystycznej, która przyniosła im tylko śmierć, zniszczenie i nową nakbę (katastrofę).
To nie znaczy, że ci pokojowo nastawieni Palestyńczycy nagle nawrócą się na chrześcijaństwo czy judaizm, ale wielu z nich po cichu cieszyłoby się z życia pod rządami demokracji, które szanują prawa człowieka, chronią wolność słowa, poprawiają warunki życia i wreszcie przynoszą prawdziwy "pokój i dobrobyt".
Partnerstwo strategiczne, jakie umożliwiłaby wspólna kontrola Gazy przez USA i Izrael, mogłoby pozytywnie wpłynąć na cały Bliski Wschód i przyspieszyć realizację marzenia o normalizacji stosunków między Izraelem a jego arabskimi sąsiadami. Arabia Saudyjska i inne państwa arabskie i muzułmańskie z dużym prawdopodobieństwem chętnie stanęłyby po stronie "silnego konia".
Jak na ironię, Trump i izraelski premier Benjamin Netanjahu cieszą się popularnością wśród wielu Arabów i muzułmanów – są postrzegani jako liderzy godni zaufania, stanowczy i nieugięci, których słowa mają znaczenie.
Wreszcie, kontrola amerykańsko-izraelska nad Gazą ułatwiłaby natychmiastową realizację programów pomocy humanitarnej. USA i Izrael mogłyby, jak to już robią, zagwarantować, że żywność i lekarstwa trafiają do tych, którzy naprawdę ich potrzebują, i że Hamas oraz inne organizacje terrorystyczne nie będą kradły pomocy humanitarnej, by finansować swoje działania. ONZ, Autonomia Palestyńska i inne organizacje międzynarodowe zawiodły zarówno w dostarczaniu pomocy, jak i w zapobieganiu jej przejmowaniu przez Hamas.
Tylko USA i Izrael wydają się mieć zarówno wolę, jak i możliwości, by skutecznie poprawić infrastrukturę i warunki życia mieszkańców Gazy.
Nie jest za późno, by administracja Trumpa rozważyła tę opcję. To naprawdę najlepsza droga do zapewnienia bezpieczeństwa, stabilności i dobrobytu w Strefie Gazy i w całym regionie. Jeśli państwa arabskie i muzułmańskie się nie zgodzą – mogą zostać w tyle i patrzeć, jak pociąg odjeżdża. W przeciwnym razie Strefa Gazy i "Rada Pokoju" staną się po prostu kolejnym nieudanym eksperymentem.
Bassam Tawil to Arab i muzułmanin z Bliskiego Wschodu. Jego praca jest możliwa dzięki hojnej darowiźnie pary, która pragnie pozostać anonimowa. Gatestone Institute wyraża głęboką wdzięczność.
