
Jeśli oderwać się na chwilę od codziennego szumu partyjnych sporów i spojrzeć na szerszy obraz sytuacji w Stanach Zjednoczonych, można odnieść wrażenie, że niektóre media i postacie polityczne są tak pochłonięte wrogością wobec obecnego prezydenta, iż nie są już w stanie racjonalnie oceniać wydarzeń.
Ich reakcja na niemal wszystko, co robi, wydaje się automatyczna i odruchowa. Sytuacja ta, często określana mianem "Trump Derangement Syndrome", osiągnęła tak skrajny poziom, że momentami głosy te zdają się stawać — czy to świadomie, czy nie — po stronie wrogów Ameryki, takich jak Komunistyczna Partia Chin czy reżim irański, który od momentu powstania w 1979 roku otwarcie prowadzi wojnę ze Stanami Zjednoczonymi i przez 39 lat z rzędu był określany przez amerykańskich urzędników z obu partii jako największy na świecie państwowy sponsor terroryzmu.
Rezultatem jest dyskurs polityczny, który wydaje się oderwany od pytania o to, co jest słuszne lub niesłuszne — liczy się jedynie to, czy coś zostało zrobione przez prezydenta Donalda J. Trumpa.
Ten spór dawno wykroczył poza normalne polityczne różnice zdań. W każdej zdrowej demokracji przywódcy polityczni i ich polityka mogą — i powinni — być przedmiotem debaty i krytyki. Jednak to, co obserwujemy dziś w niektórych częściach krajobrazu politycznego i medialnego, zdaje się przekraczać granicę racjonalnej debaty i zbliżać się raczej do emocjonalnej obsesji. Jakby zasadą przewodnią stało się: jeśli Trump coś robi, musi to być automatycznie złe. Logika i kontekst działania przestają mieć znaczenie. Zamiast pytać, czy konfrontacja z wrogim reżimem może służyć interesom Ameryki lub bezpieczeństwu międzynarodowemu, reakcją staje się natychmiastowy sprzeciw — niezależnie od okoliczności i stawki.
Na przykład reżim irański od dziesięcioleci otwarcie definiuje się poprzez wrogość wobec Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników. Jego przywódcy wielokrotnie skandowali "Śmierć Ameryce" ("Wielki Szatan") i "Śmierć Izraelowi" ("Mały Szatan"). Nie są to jedynie retoryczne hasła, lecz centralne elementy ideologicznej tożsamości reżimu. Irańscy przywódcy, począwszy od założyciela Islamskiej Republiki, ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego, otwarcie wzywali do zniszczenia Izraela i wspierali zbrojne organizacje na całym Bliskim Wschodzie, które atakują zarówno Izraelczyków, jak i Amerykanów.
Od 1984 roku rząd Stanów Zjednoczonych — zarówno za administracji republikańskich, jak i demokratycznych — oficjalnie uznaje Iran za państwowego sponsora terroryzmu ze względu na wspieranie organizacji terrorystycznych takich jak Hezbollah, Islamski Dżihad, Hamas i Huti; udział w atakach w regionie oraz próby przeprowadzenia zamachów za granicą, w tym udział w atakach z 11 września, a także co najmniej dwie próby zamachu na Trumpa oraz planowanie zabójstw wysokich rangą amerykańskich urzędników podczas jego pierwszej kadencji.
Reżim irański zabił niezliczoną liczbę Amerykanów i nadal prowadzi politykę mającą na celu osłabienie wpływów Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Jest to reżim, który wielokrotnie demonstrował wrogość wobec USA i ich sojuszników.
Jednak gdy Trump przyjął twarde stanowisko wobec Teheranu, zamiast koncentrować się na naturze samego reżimu irańskiego, część krytyków zdawała się skupiać wyłącznie na osobie prezydenta, który podjął z nim walkę. Sprawa przestała dotyczyć Iranu, a zaczęła dotyczyć Trumpa. Jego działania, zamiast być oceniane według ich meritum, były filtrowane przez pryzmat politycznej wrogości. Cokolwiek zrobi — musi spotkać się z podejrzliwością lub potępieniem.
Hipokryzję trudno przeoczyć. Wiele z tych samych ruchów politycznych i organizacji aktywistycznych, które mocno akcentują prawa kobiet i prawa człowieka, przez lata ignorowało zbrodnie Iranu wobec kobiet i dysydentów. Irańskie władze przez dekady nakładały surowe ograniczenia na wolność kobiet, brutalnie tłumiły protesty oraz więziły dziennikarzy, aktywistów i przeciwników politycznych. Dziesiątki tysięcy Irańczyków zostało aresztowanych, torturowanych lub zamordowanych za kwestionowanie władzy reżimu albo domaganie się podstawowych wolności.
A jednak, gdy Trump konfrontuje właśnie ten reżim, uwaga odwraca się od działań władz Iranu i skupia się niemal wyłącznie na potępianiu Trumpa. Zbrodnie popełniane przez reżim schodzą na dalszy plan.
Wyobraźmy sobie, jak odmienna mogłaby być reakcja przy innej administracji. Relacje medialne mogłyby podkreślać naruszenia praw człowieka w Iranie, represje wobec kobiet oraz wspieranie organizacji terrorystycznych. Analitycy mówiliby o obronie praw człowieka, ochronie sojuszników i przeciwstawianiu się autorytarnym rządom. Politykę tę prawdopodobnie przedstawiano by jako konieczną odpowiedź na brutalny reżim rozwijający broń nuklearną i stanowiący groźne globalne zagrożenie.
Kiedy sprzeciw wobec postaci politycznej staje się absolutny, każdemu jej działaniu trzeba się sprzeciwiać. Debata przestaje dotyczyć faktów lub zasad moralnych, a zaczyna być rywalizacją tożsamości politycznych.
Krytycy, którzy niegdyś z pasją mówili o naruszeniach praw człowieka w Iranie, wydają się dziś niechętni do ich uznania, jeśli mogłoby to oznaczać poparcie dla polityki prowadzonej przez Trumpa. Obrona praw kobiet, demokracji i wolności zaczyna być stosowana selektywnie, filtrowana przez pryzmat krajowej rywalizacji politycznej.
Ostatecznie największym zagrożeniem takiego sposobu myślenia nie jest jedynie niesprawiedliwa krytyka prezydenta. Głębszy problem polega na tym, że osłabia on zdolność społeczeństwa do stawiania czoła poważnym zagrożeniom. Gdy nienawiść polityczna staje się tak silna, że przesłania podstawowy osąd, coraz trudniej odróżnić uzasadnioną krytykę od odruchowej opozycji. Sama percepcja rzeczywistości zostaje zaburzona.
W chwili, gdy świat mierzy się z ogromnymi wyzwaniami bezpieczeństwa — takimi jak Chiny rozwijające nowe śmiercionośne patogeny do wojny biologicznej i autonomiczne roboty przeznaczone do zabijania — oraz z reżimami autorytarnymi zagrażającymi zarówno własnym obywatelom, jak i swoim wrogom — zaprzeczanie rzeczywistości i ślepota niosą poważne ryzyko.
Demokracje funkcjonują najlepiej wtedy, gdy debaty opierają się na faktach i rozumie, a nie na emocjonalnych odruchach. Jeśli dyskurs polityczny stanie się tak spolaryzowany, że ludzie nie będą w stanie rozpoznać natury reżimów represjonujących własnych obywateli i otwarcie zagrażających Stanom Zjednoczonym oraz Wolnemu Światu, problem jest znacznie większy niż jakikolwiek pojedynczy prezydent. Staje się kryzysem, który można rozwiązać tylko wtedy, gdy ludzie wyjdą poza swoje partyjne bańki i skonfrontują się z rzeczywistością taką, jaka naprawdę jest.
Dr Majid Rafizadeh jest politologiem, analitykiem wykształconym na Uniwersytecie Harvarda oraz członkiem rady Harvard International Review. Jest autorem kilku książek na temat polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych.
