Europa znowu krwawi, kiedy terroryści w Hiszpanii staranowali samochodami tłum pieszych w centrach turystycznych w Barcelonie i Cambrils. Zabili 14 ludzi i zranili ponad 100.

Policja hiszpańska sprawdza obecnie miejscowego imama, który mógł zradykalizować terrorystów. Podobno ten imam przez dwa lata nauczał w meczecie w mieście Ripoll, a przestał zaledwie kilka miesięcy temu. Pojawiło się pytanie, czy administracja meczetu dowiedziała się czegoś o imamie i zwolniła go, ale nie poinformowała o problemie miejscowej policji.

Dwa dni po zamachach w Hiszpanii, w innym islamskim zamachu terrorystycznym w Finlandii, dwoje ludzi zostało zasztyletowanych, a ośmioro rannych.

Raz jeszcze słyszymy obietnice wykorzenienia terroryzmu z równoczesnym ostrzeżeniem ze strony służb bezpieczeństwa, że nie mogą powstrzymać każdego zamachu terrorystycznego – słowa, które przekładają się na przyznanie, że terror przerósł możliwości kontroli tego zjawiska przez rządy europejskie.

Tak, były czuwania ze świecami za ofiary; flagi Hiszpanii i Finlandii na profilach mediów społecznościowych; mogła być nawet kampania "Je Suis Barcelona" – a potem długa cisza, jakbyśmy byli wszyscy w pętli czasu, czekając na kolejny zamach terrorystyczny.

Widzieliśmy – a to są tylko ostatnio dokonane – zainspirowane przez islamistów zamachy w Londynie, Manchesterze, Paryżu, Brukseli, Nicei, Berlin i Sztokholmie, cała ta przemoc spowodowała śmierć dziesiątków kobiet, dzieci i mężczyzn, pozostawiła jeszcze więcej rannych i być może okaleczonych na całe życie.

Nie potrzeba zbyt wiele zdrowego rozsądku, by zrozumieć, że jednostki nie mogą popełniać masowych morderstw bez szkolenia, wsparcia, a co najważniejsze – bez indoktrynacji.

Tchórzliwa reakcja przywódców świata na tak wiele zamachów terrorystycznych sugeruje, że świat widocznie dał się nabrać na "narrację ofiary" szerzoną przez tych ekstremistów, którzy najpierw podpalają własne kraje, a potem wkraczają do Europy z bagażem swojej totalitarnej ideologii, zamierzając zniewolić ludzi także tutaj.

Można mierzyć efekty tej propagandy szerzonej przez ekstremistów na całym świecie, dwiema bardzo różnymi reakcjami na Charlottesville i na Barcelonę i Turku w Finlandii.

W sprawie zamachowca w Charlottesville cały świat chciał najostrzejszej rozprawy z organizacją i zwolennikami prawicowych uczestników marszu. Dyrektorzy olbrzymich korporacji międzynarodowych zerwali współpracę z rządem USA za to, że nie dostarczył natychmiast jednoznacznego potępienia nagannych organizacji, wymieniając je po imieniu.

Krytycy prawicowego skrzydła w USA chcieli, by ich rząd rozprawił się z każdą grupą, która okazuje sympatie dla ideologii prawicowej i krytykowali prezydenta Trumpa za to, że nie był wystarczająco stanowczy; niestety, woleli nie zauważać podobnych odrażających wystąpień na lewicy, jak marsze pod hasłem: "Czego chcemy? Chcemy martwych policjantów! (Patrz wideo: "Pigs in a blanket; fry 'em like bacon"), którym towarzyszyły mordy równie niewinnych ludzi.

Wydają się także nie zauważać wezwań do wysadzenia Białego Domu w powietrze; pokazu makiety odciętej, zakrwawionej głowy prezydenta i "nadziei" urzędującego senatora stanowego, że prezydent zostanie zabity.

Media wrzeszczą pod niebiosa, kiedy prezydent Trump nie papuguje ich scenariuszy, ale nigdy nie przeszkadzało im, że Barack Obama nie wymieniał nazw lewicowych uczestników zamieszek i pełnych przemocy organizacji lewicowych. Kiedy paliły się śródmieścia, a niewinni ludzie patrzyli na płomienie ogarniające ich dorobek życiowy, kiedy tłuszcza paliła ich sklepy w miastach od Baltimore do Ferguson, administracja Obamy unikała przypisywania winy lub nazywania po imieniu grup nienawiści. Kiedy w Fort Hood dżihadysta zamordował ludzi wiernie służących amerykańskiemu narodowi, Obama przypisał te morderstwa "przemocy w miejscu pracy", jak gdyby był Lou Costello obawiającym się, co mu się stanie, jeśli powie "Niagara Falls."

Wielu z tych ludzi jednak pospieszyłoby pewnie z obroną ekstremistycznych organizacji islamistycznych – takich jak Hamas, Council on American-Islamic Relation (CAIR), Hizb ut-Tahrir, Islamic Society of North America (ISNA), Muslim Council of Britain (MCB) i tak dalej – oznajmiając, że ci biedni ludzie nie mają nic wspólnego ze zbrodniarzami, którzy dokonali zamachów terrorystycznych w imię ich religii.

Żaden dyrektor globalnej korporacji nie zrezygnowałby i wielu spośród tych samych ludzi skrytykowałoby ostro prezydenta Trumpa za "zbyt brutalne" wypowiedzi o islamistach, jak wtedy, kiedy powiedział, że ludzie, którzy starają się o wjazd do USA, powinni najpierw zostać sprawdzeni.

Ponadto, zaledwie kilka tygodni temu, 18 czerwca, pozwolono tak zwanemu "skrzydłu politycznemu" osławionej organizacji Hezbollah na udział w marszu w Dzień Al-Kuds na ulicach Londynu.

Jeśli organizacja terrorystyczna ma skrzydło polityczne, to czy to czyni ją mniej terrorystyczną, czy też po prostu legitymizuje terroryzm? A gdyby powstały "skrzydła polityczne" Al-Kaidy i ISIS?

W Dzień Al-Kuds maszerujący skandowali slogany takie jak "bojkotować Izrael" i "syjonizm = rasizm", ale władze miejscowe wybrały przymknięcie oczu mimo apeli wielu zaniepokojonych obywateli do burmistrza Sadiqa Khana o odwołanie tego wydarzenia. Być może władze uważają, że nie jest szkodliwe dla Wielkiej Brytanii, jeśli ktoś pluje jadem na "innych" na ziemi brytyjskiej.

Były dowódca sił brytyjskich w Afganistanie, pułkownik Richard Kemp, tweetował do premier Wielkiej Brytanii, Theresy May:

"Jeśli 'Dość tego', to dlaczego rząd nadal wdzięczy się do dżihadystów i pozwala na marsz tzw. 'Dnia Al-Kuds' ulicami Londynu?"

Maszerujący próbowali także podburzać publiczność przeciwko Żydom, oskarżając fałszywie syjonistów i zwolenników Izraela o pożar w bloku mieszkalnym Grenfell Tower, w którym zginęło 58 ludzi. Jeden z mówców powiedział:

" Wielu niewinnych zamordowali kumple Theresy May – z których wielu popiera ideologię syjonistyczną. Niektóre z największych korporacji popierających Partię Konserwatywna są syjonistyczne. Oni są odpowiedzialni za morderstwo w Grenfell. Ci syjonistyczni zwolnicy partii Torysów".

Szokujący był widok ludzi innych wyznań, którzy dołączyli do wiecu tych islamistów, i tak zwanych aktywistów praw człowieka, połączonych z członkami organizacji terrorystycznej Hezbollah.

Podczas niedawnego marszu w Dzień Al-Kuds w Londynie szokował widok ludzi innych wyznań, którzy dołączyli do wiecu tych islamistów, i tak zwanych aktywistów praw człowieka, połączonych z członkami organizacji terrorystycznej Hezbollah. Zdjęcie: Marsz w Dzień Al-Kuds w 2014 r. w centrum Londynu. (Zdjęcie: Dan Kitwood/Getty Images)

W Australii prezenter telewizyjny poprosił Wassima Doureihiego, lokalnego rzecznika organizacji islamistycznej, Hizb ut-Tahrir, by potępił ISIS, ale Doureihi po prostu żonglował słowami i unikał potępienia grupy. Pośrednio wręcz udzielił poparcia ISIS mówiąc, jak to robią palestyńscy terroryści, że organizacje takie jak ISIS i Al-Kaida uważają siebie za siły "oporu":

"Grupy takie jak ISIS lub Al-Kaida nie istnieją w próżni. Istnieją jako reakcja na ingerencję Zachodu w ziemiach islamskich. I uważają się, słusznie lub niesłusznie, niezależnie od mojej opinii, jako opór wobec tego, co uważają za niesprawiedliwą okupację".

Hizb ut-Tahrir jest organizacją ekstremistyczną, która dąży do narzucenia islamskiego kalifatu na świat przy użyciu wszystkich dostępnych środków. Została uznana za organizację terrorystyczną przez kraje takie jak Niemcy i Pakistan, ale w imię "wolności słowa" pozwolono jej rozrastać się na Zachodzie.

To samo dotyczy organizacji takiej jak Bractwo Muzułmańskie i jej odnogi, której udało się przetrwać na Zachodzie, mimo że jest znienawidzona przez wystarczającą liczbę Egipcjan, by zebrać 22 miliony podpisów pod żądaniem obalenia jej rządów w 2013 r.

Żądanie zakończenia popierania Bractwa Muzułmańskiego jest także główną kwestią w obecnym impasie między Katarem a wieloma innymi państwami bliskowschodnimi, znanymi jako "koalicja saudyjska". Katar odmawia prawdopodobnie z powodu możliwości obalenia rządu.

W tej atmosferze otwarcie wyrażonego celu globalnej hegemonii politycznej islamscy twardogłowi z powodzeniem działają i indoktrynują miejscową młodzież muzułmańską swoimi antydemokratycznymi programami.

Świat nie może wygrać tej wojny wyłapując tylko płotki. Jak widzieliśmy, jeśli agencje rządowe próbują zatrzymać zamachy bombowe terrorystów, chwytają oni za maczety i noże lub taranują ludzi samochodami.

Terroryści już wykonują swoje zadanie przez sianie przerażenia wśród cywilów. Wygląda na to, że terroryści najpierw chcą ustalić swoją dominację w umysłach ludzi przy pomocy terroru w nadziei, że społeczeństwo, przestraszone i zmęczone, "w końcu odsłoni szyję, byśmy je mogli zarżnąć" – jak powiedział terrorysta Khalid Sheikh Mohammed psychologowi, Jamesowi Mitchellowi.

Wolny świat, jeśli chce wygrać tę wojnę, będzie musiał zrezygnować z obłudy. Będzie musiał zabrać się za wylęgarnie terroru bez wybiórczości i pomijania swoich faworytów. Jeśli tego nie zrobi, globalne organizacje bezpieczeństwa wyczerpią się goniąc za indywidualnymi podejrzanymi, patrząc za każdym razem tylko na "płotki", ale nigdy na staw, w którym się rozmnażają.

Khadija Khan: Pakistańska blogerka i dziennikarka mieszkająca w Pakistanie.

Najnowsze artykuły autorstwa
otrzymuj najnowsze wiadomości e-mailem: zapisz się na darmową listę mailingową gatestone institute.

pl